OJA -- refleksje i spostrzeżenia

Temat przeniesiony do archwium
Krótki (no... w miarę) opis mojego pobytu w Poznaniu.


---

Niedziela. Two days left.

Wieczorem przyjeżdżam z bratem do babci (na Ratajach, za Multikinem, niecały kwadrans drogi tramwajem od dworca). Dostajemy obiadokolacyjkę (nie, panie pośle, nie pamiętam, co jadłem na kolację w dniu 13 marca 2005 roku. Mówi pan, że to sparaliżuje prace komisji? No cóż, niestety nic na to nie poradzę. Na pewno odpowiednie informacje są do sprawdzenia w IPN-ie), oglądamy coś głupiego w telewizji (chyba kawałek "Dzieciaków z klasą") i krótko potem idę spać.

(Wcześniej zdecydowałem, że nie skorzystam z noclegu w Ilonie, tylko będę nocował najpierw u babci, a potem u cioci. Teraz trochę mi tego żal, bo straciłem okazję do poznania wielu ciekawych ludzi. Ale nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem).


Poniedziałek. One day left.

Test pisemny jest... trudny. Zdania z części tłumaczeniowej początkowo wydają mi się nie najgorsze, ale we wtorek wieczorem okaże się, że właściwie wszyscy dostali z nich mało punktów. Trochę dlatego, że zdania sprawdzane są bardzo rygorystycznie. Jednak na to trudno narzekać, bo punkty tracą dosłownie wszyscy.

Moja dokładna punktacja:
Listening -- 11/15 (troszkę lepiej niż myślałem)
Grammar -- 9/29 (tu po oddaniu testu liczyłem na więcej)
Vocabulary -- 21/30 (a to z kolei miła niespodzianka)
Reading -- 10/15 (mniej więcej tyle, ile się spodziewałem)
Reading & Writing, czyli test luk -- 23/30 (kolejne miłe zaskoczenie)

W sumie 74 punkty na 118 możliwych. Byłbym pewnie trochę rozczarowany, ale skoro najlepszy rezultat to 81... Nie, na pisemnym nie było najgorzej.

Po pisemnym idę na obiad do Collegium Historicum. Następnie szperam po regałach w taniej księgarni (konkretnie -- w "Akwareli" na Świętym Marcinie. Rzadko kiedy wyjeżdżam z Poznania bez książek. Tym razem wzbogaciłem się o "Tehanu" Ursuli le Guin oraz dwie lektury o Kościele) i idę na Bukowską do cioci. Dzień ładny, pogoda niczego sobie, więc całą drogę z buta. Wieczorem uzupełniam braki w edukacji. I znowu do łóżka.


Wtorek. It will happen today.

Rano jeszcze trochę się dokształcam, głównie o literatach i naukowcach (potem oczywiście ta wiedza do niczego mi się nie przydała. No, ale wtedy nie można było tego przewidzieć). Pamięciową naukę wszystkich stanów USA mam już za sobą. :) Po południu, zgodnie z obraną wcześniej strategią, jadę się odstresować do Multikina. (Obejrzałem "Constantine'a". Nic wielkiego, ale bardzo przyzwoita rozrywka. Zwłaszcza jeśli się lubi Keanu Reevesa). Potem piechotką do Collegium Novum i dalej oczekiwanie na Apokalipsę.

Apokalipsa nie następuje. W sumie zresztą nie stresowałem się tyle, co na etapie okręgowym. Może niedobrze? Może stres mógłby być mobilizujący? -- A może kompletnie by mnie pogrążył? Kto wie.

W części ustnej pytają o różne rzeczy. Czy byłem w Wielkiej Brytanii? Nie, nie miałem jeszcze tej przyjemności. A gdybym był, to co wówczas chciałbym odwiedzić? Ha, lubię historię, więc bez wątpienia British Muzeum i National Gallery w Londynie.

Lubi pan historię, tak? ("świetnie, udało się naprowadzić"). Owszem, odpowiadam, lubi pan. No, więc niech będzie historia. Pierwsze (chyba) pytanie -- o determinizm geograficzny. Proszę pokazać, na przykładzie Wysp Brytyjskich, jak naturalne bariery geograficzne wpływają na losy państwa.

Mówię coś o górach (Scottish Highlands, the Pennines -- śmieszna sprawa, znam nazwy angielskie, a nie znam polskich), o morzu o oceanie, o Kanale La Manche/English Channel. W porządku, w porządku (ta część wypadła chyba nie najgorzej), to teraz coś o większym fringe, którego góry szkockie są part of.

Że niby z czym? Co to jest "fringe"? Może się przesłyszałem? Uprzejmie proszę Wysoką Komisję o powtórzenie pytania. Świadek, rozumie komisja, nie jest pewien, czy dobrze zrozumiał. Ależ nie ma sprawy, odpowiada Wysoka: proszę coś powiedzieć o fringe, którego ten region jest part of.

Do tej pory nie wiem, o co chodziło. Możliwe, że coś źle usłyszałem. Teraz już średnio pamiętam. W każdym razie ogarnęła mnie na moment, hmm, hmm, "pewna taka denerwość". Rozmowa schodzi po chwili na temat pozostałości kultury celtyckiej w Wielkiej Brytanii (wspomniałem, że północna Szkocja zachowała większą niezależność od Anglii niż południowa dzięki górom rozdzielającym oba te kraje -- i stąd teraz pytanie o celtycką kulturę). Kojarzę języki: irlandzki, walijski, szkocki, ale nie pamiętam their scholarly name. Gaelic, odpowiada po angielsku prowadzący. They are called Gaelic languages. Oj, dziura w mózgu, powinienem był to pamiętać... No, ale może nie jest zbyt ważne. Jedziemy dalej.

Dalej znowu historia. Pytają o special alliance between Great Britain and the United States. Tutaj trochę się kałapućkam; najpierw znowu proszę o powtórzenie pytania, później zaczynam mówić o Mayflowerze i szczegółach pierwszej kolonizacji, a nie formułuję potrzebnych uogólnień. Nie wspominam na przykład explicite, że brytyjska kultura dała podstawy amerykańskiej (przyjdzie mi to do głowy dopiero jakiś czas po egzaminie). Nie mówię o konsekwencjach wojny siedmioletniej (a miałem przygotowany ten ciekawy, choć szczegółowy temat -- związek między wojną siedmioletnią a wojną o niepodległość USA -- chyba nie najgorzej). Gdzieś tam wychodzi, że Brytyjczycy (a ściślej rzecz ujmując -- ich rząd) tak jak Amerykanie przewodzą w wojnie z Irakiem. O tradycyjnej polityce równoważenia sił w Europie też nie wspomniałem.

W międzyczasie (chyba jeszcze przed tym Anglo-American alliance) jest jeszcze literatura. Nie wszystko, co przeczytałem, droga Wysoka Komisjo, jest z listy. Ależ nie musiał pan w całości się do niej ograniczać! Miło mi to słyszeć. Co pan zatem przeczytał? Wymieniam: Huxley, Tolkien ("Władca Pierścieni"), dwa razy Orwell ("Folwark zwierzęcy" i "Rok 1984"), Salinger, Vonnegut (chyba... Właściwie nie pamiętam, czy wymieniłem tych dwóch ostatnich, czy może raczej Hellera i Steinbecka. A może jeszcze jakoś inaczej? Wiem, że zdążyłem podać sześć tytułów)... Przerywają i proszą o wypowiedź na temat Tolkiena. Ciekawa rzecz: o tę samą książkę pytali na etapie okręgowym.

No, tegom chciał! O Tolkienie to ja mogę długo, więc zaczynam nawijać. Że profesor, że pozbierał i skleił mitologię germańską, że świetnie znał różne dziwne języki, że nie tworzył, ale odkrywał. Pojawia się jeszcze wątek filmu: oj, nie, Christopherowi Tolkienowi się nie spodobał, bo nie ten klimat; jako film akcji świetny (to już moja prywatna opinia), ale nic więcej. Kiedy mówię, że Tolkien dał podstawy współczesnej literaturze fantasy, rozpędzam się i zahaczam o Dukaja i Sapkowskiego. I mówię, że nawet jeśli elfy u Sapkowskiego nie są tym samym, co elfy u Tolkiena, to i tak właśnie "Władca..." stworzył kanon. Nawet ci, którzy się z niego wyłamują, zgodnie przyznają, że rola Tolkiena była ogromna.

I tyle. Więcej pytań już nie pamiętam. Z rozmowy wychodzę z dość mieszanymi uczuciami; mam wrażenie, że mogło być lepiej. Chyba zawiodła płynność i umiejętności językowe; gdybym mówił po polsku, raczej nie zapomniałbym o niektórych ważnych rzeczach. Czasami też świadomie rezygnowałem z jakiegoś wątku, bo brakowało mi słownictwa, a i konstrukcje gramatyczne pouciekały. Ale w sumie nie czuję się najgorzej. Do domu wracam szczęśliwy, że olimpiadę mam już za sobą. Teraz szkoła i nadrabianie dwutygodniowych zaległości.

(Na szczęście nadrabianie poszło w miarę bezboleśnie).


Środa. The day after.

Rano, na pierwszej przerwie, dzwonię do Instytutu Filologii Angielskiej w Poznaniu.

Gdy odkładam słuchawkę, czuję się dość dziwnie. Jedenaste miejsce (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ex aequo), 130 punktów -- niby się cieszę, zwłaszcza że tytuł laureata daje sporo uprawnień. Ale gdzieś z tyłu czaszki krążą myśli, że po tak przyzwoicie zrobionym pisemnym mogło pójść jeszcze nieco lepiej. Tu bym jeszcze chwilę pomyślał, tu bym "the" nie wpisał, tu bym inaczej odpowiedział. Z ustnego dostałem 56 punktów. To raczej "tylko" niż "aż"...

Nic to -- przywołuję się do porządku. Trzeba się cieszyć i nie narzekać. Przed konkursem przyjąłbym taki wynik z pocałowaniem ręki, a od zwycięzców byłem po prostu gorszy. Teraz znowu czekam na wieści z Poznania. No i na zaświadczenie, które będzie można pokazać w szkole. Jedna matura mniej -- fajnie, będę mógł skupić się na historii. Teraz tylko aby do maja!

---



Mam jedno pytanie do pozostałych uczestników finału. Jakie są Wasze wrażenia z pobytu w Ilonie? Czego było najwięcej: rywalizacji, współpracy, ciekawych rozmów, zabawnych sytuacji, grania w ping-ponga, stresu, jeszcze czegoś innego? Chciałbym wiedzieć, co straciłem. :-) Z góry dzięki za odpowiedzi!


Z serdecznymi pozdrowieniami
Staszek Krawczyk
Ja sie na olimpiade rozchorowalam (zapalenie oskrzeli, antybiotyk, 39st...super...;)) i juz mialam nie jechac, ale przekonala mnie nauczycielka. Poza tym szkoda mi bylo mojej wczesniejszej pracy(duzo wczesniejszej bo tak to przez tydzien przed olimpiada lezalam w lozku z goraczka i mimo najszczerszych checi, nie udalo mi sie NIC nauczyc;/), no i zwolnienia z tej wspanialej matury(bo liczy sie udzial... ;p). Pojechalam, nic nie pamietam z pisemnego ani z ustnego bo tak sie swietnie czulam... No i zostalam finalistka, z czego sie ciesze ;)

Slyszlam ze kilka osob tez mialo takie przygody, ktos w ogole nie pojechal (ale nie jestem pewna, czy to z tego powodu)... pozdrowienia szczegolnie dla was;)
A i baaaaardzo gratuluje laureatom!

« 

Inne