Agencja HR Select One- korzystał już ktoś?

Temat przeniesiony do archwium
www.selectone.com.pl można na nich polegać?
Czytałem o niej tam:
http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=720&w=48286140&a=48286140
teraz chyba wklei się:
http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=720&w=48286140&a=48286140
Cała prawda o SelectOne lub HPR Group
Autor: Gość: wyjechal z selecto IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
Data: 08.09.06, 16:07

+ dodaj do ulubionych wątków

skasujcie post

+ odpowiedz
Cała prawda o firmie HPR Group Sp. z o. o. lub Selekt One z siedzibą w
Warszawie ul. Żurawia 45

Zacznę od tego, że napaliłem się na pracę za granicą już na początku
bieżącego roku. Przeszukiwałem tysiące ofert pracy na portalach
internetowych, aż w końcu natrafiłem na ofertę pracy firmy HPR Group Sp z o.
o. Stanowisko pracy brzmiało dokładnie PAKOWACZ w branży przetwórstwa
mięsnego, lokalizacja Wielka Brytania. Skuszony wysłałem list motywacyjny
oraz CV. Po dwóch tygodniach zostałem zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną do
siedziby firmy w Warszawie, podkreślam rozmowę kwalifikacyjną. Po moim
przyjeździe powitały mnie dwie miłe Panie. Otrzymałem do wypełnienia
formularz, w którym miałem wypełnić dane osobowe, przebyte choroby itp. Po
wypełnieniu tego oczywiście nie miałem żadnej rozmowy w języku angielskim,
powiedziałem, że jestem świeżo po maturze ustnej z języka angielskiego i z
pewnością dam sobie radę. Podkreślę, że nie dostałem żadnego egzemplarzu
dokumentów, które podpisałem. Zostałem poinformowany, że właśnie w tym
momencie otrzymałem tę pracę. Spytałem jeszcze jak będą wyglądać moje
obowiązki, bo samo określenie stanowiska pakowacz nie było dla mnie
wystarczające. Jedna z Pań powiedziała, że praca będzie bardzo lekka i będzie
polegać na układaniu mięsa na tacki, lub czasem pakowaniu tych gotowych tacek
do pudełek. Czyli z opowieści wynikało, że nic trudnego, pomyślałem lekka
praca będzie i z pewnością dam radę. Spytałem jeszcze do jakiego miasta będę
jechać, bo to przecież też istotne. W odpowiedzi usłyszałem Pontrefact, koło
większego Leeds. Pełen euforii opuściłem siedzibę firmy. Po dwóch dniach
zadzwoniłem do HPR i już wtedy zaczęły się schody. Poprosiłem o
przeliterowanie mi nazwy miasta i co dziwne tym razem usłyszałem Scarborough.
Niczego nie podejrzewając, zbagatelizowałem sprawę myśląc, że przecież jeśli
w słuchawce słyszę, że do pracy będzie niedaleko to chyba nie ważne w jakim
mieście się mieszka. Spytałem także o koszty utrzymania i otrzymałem
informację, że mieszkanie będzie kosztować 50 funtów tygodniowo a dojazd
oczywiście darmowy zapewni pracodawca. Wyjazd był zaplanowany na 28 czerwca,
po czym termin dwukrotnie się zmienił i w końcu było to 26 czerwca. Cena
biletu autobusowego też dwukrotnie się zmieniła. Miało być najpierw 460 zł,
potem 420 a na miejscu okazało się, że 377 zł. W autokarze poznałem 9
pozostałych osób, które również jechały do pracy za pośrednictwem HPR, czy
jak kto woli Select One. Ku mojemu zdziwieniu już w trakcie podróży okazało
się, że praktycznie każdy z nas ma podane inne miejsce, gdzie będziemy
mieszkać. Ja miałem Scarborough, pozostali Leeds, Pontrefact, oraz inne,
których nazw już nie pamiętam ale nikt nie wiedział na pewno, że będziemy
jechać do miasta do, którego faktycznie trafiliśmy. Autokar miał ostatni
przystanek w Leeds i stamtąd odebrał nasz miły anglik i zaprowadził do busa.
Kierowca poinformował nas, że jedziemy do Hull, czyli ponad godzinę drogi od
Leeds. Na miejscu dostaliśmy mieszkania i zostaliśmy zakwaterowani.
Dowiedzieliśmy się również, że praca będzie w systemie dwuzmianowym, pierwsza
zmiana od godziny 6 do 14, druga od 14 do 22. Wtedy też Carl (czyli nasz
angielski menedżer) powiedział, że na pierwszą zmianę będziemy mieć bus z
umówionego miejsca o godzinie 4.15 rano na drugą odpowiednio o 12.15. Trochę
dziwne skoro miało być niby blisko do pracy, a tu taki wczesny wyjazd.
Pierwszy dzień to niby szkolenie. Spotkaliśmy się z Grzegorzem (polskim
współpracownikiem, a raczej pracownikiem agencji Workplace, czyli tej, w
której byliśmy zatrudnieni. Cała fabryka nazywała się Malton Bacon Factory i
mieściła się w Malton, miejscowości oddalonej od naszego miejsca zamieszkania
dokładnie 85 km czyli nie tak blisko jak zapewnienia w Polsce. Wrócę jeszcze
do tego niby szkolenia i przygotowania do pracy. Pierwsze dostajemy do rąk
testy bhp tłumaczone na język polski, nie wiem przez kogo ale wyraz „ktury”
jest jednym z najmniej rzucających się błędów ortograficznych, nie mówiąc już
o błędach składniowych, których nie sposób nie zauważyć. Aż dziw, że Polak ma
problem z odgadnięciem sensu zdania napisanego niby w jego ojczystym języku.
Ale Grzegorz mówi, że to tylko po to jest przeprowadzane, aby Tesco, czyli
odbiorca mięsa z fabryki, w razie kontroli miał pewność, że pracownicy są
bardzo dobrze uświadomieni i mają odpowiednie predyspozycje do pracy z
mięsem. Ale to jeszcze przysłowiowy pryszcz w porównaniu do tego co wydarzyło
się następnego dnia. Bus 4.15 i nie trafiamy do departamenty Parking, jak nas
zapewniano lecz do Ham Process. Praca różni się wszystkim od tego, o czym na
opowiadano. Oczywiście mamy styczność z mięsem, ale na tym podobieństwa się
kończą. Nasza grupa 6 mężczyzn, zostaje porozrzucana i praktycznie każdy robi
co innego. Pierwszy dzień wozimy wózki ważące po ok. 700kg, czyli coś
podobnie jak afera w polskiej Biedronce. Przez następne dni zostajemy
wprowadzani na taśmę, choć niektórzy dalej wożą ciężki palety przez cały
dzień. My na taśmie, pomieszani z innymi Polakami i nie tylko, robimy szynkę,
czy sam nie wiem co to było. Dostajemy kontener ok. 700kg zapełniony
odpowiednio już wyciętymi kawałkami świni przez rzeźników. Na taśmach,
których pracowałem było przeważnie 3 osoby. Pierwsza wyciąga po 2 lub 3 takie
kawałki, każdy ważący ok. 3kg i wrzuca do specjalnej maszyny, druga ubija to
za pomocą innej maszynki w jelito, trzecia owija taki około metrowy kawałek
mięsa w folię i odkłada na paletę i tak w kółko. Dodam, że trzeba obrobić
2600 takich pojedynczych kawałków z kontenera lub 12 ton w zależności od
rodzaju mięsa. Trzeba może za mocne słowo, ale tak naprawdę było. Mieliśmy po
prostu normę do wyrobienia. Polacy, których poznałem zatrudnieni bezpośrednio
przez Malton, dostawali za tę samą pracę co my po 10 funtów, my dokładnie
5.25. Warunki mieszkaniowe na początku nie były złe, a nawet bardzo bardzo
dobre. Mieszkając w 4 osoby mieliśmy, każdy osobny pokój, 2 łazienki i
kuchnię do dyspozycji. Jednak po tygodniu bez żadnych wyjaśnień zostaliśmy
przeniesieni do dwóch innych mieszkań. Ja z kolegą dostałem pokój 3x 3m.
Pozostali dwaj też, lecz trochę większy. Dom dzieliliśmy z innymi Polakami i
to oni uświadomili nam jaka jest prawda. Więc napiszę teraz o zarobkach bo to
chyba najważniejsze. Po pierwszym tygodniu pracy, ja jak i inni dostaliśmy po
92 funty. To bardzo mało, ponieważ trzeba liczyć, że jedzenie w Anglii nie
jest tanie. Od Polaków z którymi mieszkaliśmy dowiedzieliśmy się, że to i tak
nieźle bo oni dostawali na początku po 40- 50 funtów tygodniowo. Za
mieszkanie zapłaciliśmy 38, za dojazd 30, za podatek 8, za jakieś niby
ubezpieczenie 12, za kłódkę do szafki 1,2. A co najlepsze to mieszkanie jest
określone jako Loan, czyli po prostu pożyczka. Polacy z naszego domu
powiedzieli nam, że Workplace, bierze pożyczkę na wynajem mieszkań a my to po
prostu spłacamy. Druga wypłata 115 funtów, czyli też bez rewelacji.
Odliczając jedzenie i życie tam, to w kieszeni zostaje ok. 70 funtów. Czyli
miesięcznie 280 może 300 funtów. I czy to godziwy zarobek za granicą przy tak
ciężkiej pracy? Dodam, że praca była bardzo brudna, ciągle mieszanie i
dotykanie śmierdzącego mięsa, w fabryce, w której dziennie zabija się 2000
świń to nic przyjemnego. Oczywiście wróciłem po 3 tygodniach do domu. Z
naszej 10 pozostały w tej pracy chyba tylko 3 osoby i to w tym 2 dziewczyny,
które faktycznie pakowały mięso do pudełek i nie narzekały na tą pracę.
Pozostałe osoby jakoś znalazły pracę w innych firmach. Piszę, żeby każdy
zastanowił się przed wyjazdem, ponieważ może być zupełnie inaczej po
przyjeździe. A do tego można stracić własne zdrowie. Spotkałem się z wieloma
rzeźnikami z Polski, który ręce napuchły jak banie. Jedna Polka dostała
zapalenia żył i musiała wrócić do kraju. Fir
Przeczytałam to i jakbym słyszała opowieśc mojej przyjaciółki, która 3 tyg.temu
wyjechała do Leeds do fabryki Pioniera właśnie dzieki SelectOne. Teraz nie
dość, że mieszka w niebezpiecznej dzielnicy, to firma (Workplace, tak jak w
przypadku przedmówcy, bo ta firma przejmuje pracowników polskich w anglii)
odlicza sobie po 70 za mieszkanie (miało być 50) i tez to jest niby pozyczka,
dojazd do pracy też mial być bezpłatny, a oczywiście sobie odliczaja, nie płacą
tyle ile mieli płacić, zresztą podobno każdej osobie mówili co innego o
zarobkach. Oczywiście za nagdodziny też nie płaca jak powinni. Zarzuty można by
mnozyć, generalnie historia się powtarza. Wystrzegajcie się tej firmy jak
ognia!!!
Moi koledzy siedzą teraz w fabryce Pioneera w Normanton koło Leeds, jeden z nich
pojechał za pośrednictwem SelectOne i nie narzeka, ponoć praca lekka i przyjemna
(testuje urządzenia) z kasą ponoć nie najgorzej, pozostałych dwóch pojechało już
bezpośrednio do agencji Workplace i też sobie jakoś dają radę, nie bronię tu
żadnej agencji, bo to wiadomo że zdziercy jak jasna cholera, ale ludziom różnie
się widać układa.
Temat przeniesiony do archwium

« 

Pomoc językowa - tłumaczenia